Mówią, że świat się zmienia. Że nowe pokolenie nie je już mięsa, leczy stres medytacją i spędza wakacje, szukając Wi-Fi na szczycie Rysów, zamiast słońca w Międzyzdrojach. Mamy smartdomy, smarttelefony i nawet smartkoperek do łososia z Lidla. Sęk w tym, że od całego tego smart zaczyna w końcu boleć głowa – taka prawdziwa, tradycyjna, zapracowana jak kiedyś po kieliszku śliwowicy u cioci na weselu. I wtedy człowiek zaczyna tęsknić za czymś zwyczajnie solidnym. Bez mindfulness, wykresów i coachingowych rad. Po prostu – za kawałkiem świata, który wie, po co został stworzony.
Zastanawiacie się pewnie teraz, czy to wszystko wstęp do rozmowy o bigosie babci Krystyny czy czasach, kiedy diesel był powodem dumy, a nie wstydu. Bo właśnie diesel – ten przysłowiowy dinozaur motoryzacji – to dzisiaj bardziej deklaracja światopoglądowa niż wybór konsumencki. W czasach, kiedy mamy być „eko” nawet przy wyborze papieru toaletowego, noszenie pod maską V6 TDI to, umówmy się, akt cywilnej niepokory. To trochę tak, jakby pojechać w garniturze z weluru na zlot Tesli – ryzyko wykluczenia społeczne w pakiecie.
Jednak sięgam po kluczyk do Touarega – 4902 milimetrów długości, 1984 szerokości, masa własna 2,1 tony (przy ładowności 730 kg, pakujesz pół piwnicy). 3-litrowy silnik V6 TDI o mocy 286 koni i 600 niutonometrów momentu, przyspieszający bieguna północnego do setki w 6,4 sekundy, a prędkość maksymalna 236 km/h to pasek dystynkcji noszony tylko przez prawdziwych weteranów. Nie zrozumcie mnie źle, nie padam na kolana przed wskaźnikiem spalania (mimo że katalogowe średnie Touarega to 7,4–8,2 l/100 km, a przy naprawdę sielskim tempie da się zejść poniżej 8). Ale gdy wciskam start, a pod maską budzi się łagodna, tłustawa basowa nuta, czuję się jak gość, który zamówił steaka w wegańskiej knajpie i dostał dokładnie to, na co miał ochotę. Pneumatyka wygładza absurdy polskich dróg, 4Motion niestrudzenie rozdziela siły, a bagażnik połknie i wózek, i wałówkę na święta (810/1800 litrów).
Co tu dużo mówić – Touareg to taki Renault Espace lat 90-tych: lepszy niż wypada się przyznać przed znajomymi. Systemy asystujące nie atakują znienacka błyskiem czerwonej diody, nawigacja nie szuka stacji ładowania, a zasięg na baku (75 l) wyznacza nową definicję wolności. Przyczepa? 3 i pół tony z hamulcem, Hummer na lawecie – proszę bardzo. Prawda jest jednak taka: świat jest już za bardzo „do przodu”, żeby taki samochód miał jeszcze długo istnieć. Ale jeśli brakuje wam w motoryzacji zmysłu, zapachu żelaza i chromu oraz uczucia, że auto jest dla was, a nie dla Google’a – docenicie Touarega. Bo to ostatni Mohikanin diesla. I już wiem, za czym będę tęsknił, kiedy pod maską będzie tylko silnik elektryczny, a za nim bateria. Touareg to nie samochód – to manifest. Taki w skórze i chromie, z nutą dymu i starego świata, gdzie słowo „moment obrotowy” brzmiało dumnie, a nie jak termin z lekcji fizyki dla dorosłych dzieci. To auto, które nie przeprasza za to, że jest duże, ciężkie i zrobione po to, by dominować. Kiedy inne SUV-y próbują udawać minimalistyczne dzieła sztuki współczesnej, Touareg po prostu stoi. I wygląda tak, jakby mógł przejechać przez ministerstwo klimatu, nie zostawiając nawet rysy na lakierze.
Owszem, można mówić, że to anachronizm, że czasy się zmieniły. Ale powiedzcie szczerze: czy nie tęsknicie za momentem, kiedy odgłos zamykanych drzwi brzmiał jak deklaracja suwerenności? Touareg ma w sobie ten pierwotny ton – taki, który mówi: „spokojnie, ja to załatwię”.
I może dlatego tak dobrze się nim jeździ. Nie dlatego, że jest szybki. Nie dlatego, że komfortowy. Ale dlatego, że przypomina, jak to jest mieć kontrolę – nad autem, nad trasą, nad światem. W erze, w której samochód ma dzwonić po pomoc zanim sam zdążysz przekląć, Touareg po prostu milczy. I robi swoje.
Za parę lat zniknie – z katalogów, z salonów, z ulic. Ale zanim to się stanie, warto nim przejechać. Choćby po to, żeby przypomnieć sobie, że czasem wystarczy jeden dźwięk diesla, by poczuć, że człowiek nadal ma w tym wszystkim coś do powiedzenia.