Świat ludzi sukcesu i ich samochodów przypomina dziś otwarty katalog startupów: elektryki, hybrydy, skróty, aplikacje, ekologia na kredyt. Wszyscy chcą być nowocześni, lekcy, cisi i „zrównoważeni”.
A potem wjeżdża on – Defender OCTA – i cały ten nowoczesny teatr milknie. Bo OCTA nie płynie z nurtem. On nadaje nurt.
Z nurtem potrafi płynąć wszystko: Tesla, Kia EV9, nawet kosiarka z funkcją autopilota. Ale żeby go tworzyć, trzeba mieć coś więcej niż silnik. Trzeba mieć charakter.
Pod maską – 4,4-litrowe V8, 635 koni i 750 niutonometrów momentu. Z Launch Controlem nawet osiemset. Mild hybrid, czyli formalnie pół - grzeczny, ale w praktyce nadal kompletny wariat.Defender OCTA nie jeździ. On katapultuje.
Dwie i pół tony luksusu wystrzelone do setki w 4,2 sekundy. To wynik, którego nie powstydziłby się supersamochód z Włoch, tylko że tamten nie wjedzie w błoto głębsze niż espresso.
Zawieszenie 6D Dynamics działa jak Mary Poppins po Red Bullu – elegancko, ale z energią, której nie spodziewasz się po aucie tej wielkości. Auto nie buja, nie kłania się fizyce, tylko ją chwilowo przekonuje, że może poczekać.
W zakrętach zachowuje się jak bokser w smokingu: szybki, wyważony, niebezpiecznie pewny siebie.
Brembo, torque vectoring, napęd 4x4, adaptacyjne zawory i ośmiobiegowy automat – wszystko działa tu w harmonii, jakby Land Rover wreszcie przypomniał sobie, że „inżynieria” to nie tylko marketingowe słowo na folderze.
Jazda OCTĄ to jak spotkanie Jamesa Bonda z Bear Gryllsem: kulturalne, dopóki nie trzeba przetrwać.
Wnętrze? To nie kabina samochodu, to klub dla wybranych. Skóra Windsor, materiał Kvadrat, którego nazwę wymyślił chyba ktoś po trzecim espresso w Kopenhadze, ekrany 12,3 i 11,4 cala, system Pivi Pro, który wygląda i działa jak Apple po kursie brytyjskiej etykiety.
Kamery 360°, audio jak w sali koncertowej i fotele, w których można przeżyć rozwód i nawet się nie spocić.
Bagażnik? Tak, istnieje. Oficjalnie – około 900 litrów. Czy dużo? Wystarczająco. Ale OCTA to nie auto do Ikei.
To samochód, którym można pojechać z Londynu do Mongolii i z powrotem, nie zatrzymując się.
Defender OCTA to rzadki przypadek samochodu, który potrafi być brutalny i wyrafinowany jednocześnie.
Jakby ktoś połączył Bruce’a Willisa z królową Elżbietą. Z jednej strony potężny, głośny, gotowy przebić mur. Z drugiej – wyciszony, elegancki, pachnący świeżością i skórą.
Patrzysz na niego i widzisz przeszłość, ale i czujesz przyszłość. Tak, kosztuje ponad milion złotych. Tak, to absurd.
Ale z drugiej strony – czy nie jest pięknym absurdem mieć auto, które potrafi jechać 250 km/h po autostradzie, a pięć minut później wspiąć się na górę, na którą większość SUV-ów wjechałaby tylko na Instagramie?